• wpisy
    2
  • komentarzy
    0
  • wyświetleń
    803

O blogu

Kampania "Wieczny Podróżnik" - dziennik bohatera

Wpisy na tym blogu

Terektalok

"Los każdej istoty, podobnie jak całego Wszechświata, cechuje dążenie do równowagi. Ważnym jest, aby umiejętnie kroczyć zarówno ścieżką szczęścia, jak porażki"

Aun'Shi

Zgodnie z moim przeczuciem, szeroki uśmiech losu dzięki któremu nie tylko żyję, ale też awansowałem, został okupiony szeregiem mniej sprzyjających okoliczności.

Po przejęciu lotniska i rozpoczętym lądowaniu głównej części armii, zostałem wyznaczony do kontynuacji uderzenia, tym razem na sektor XXXIII. Znajdująca się tam elektrownia miała znacząco zmniejszyć zużycie naszych zapasów surowców energetycznych. Podczas przygotowywania planu ataku otrzymałem wiadomość, że spotkało mnie wielkie... szczęście... i do mojej grupy dołączy, w charakterze supervisora, Najszlachetniejszy Aun'Do. Ja nadal pozostawałem dowódcą uderzenia, zaś Najszlachetniejszy jedynie chciał zagrzać swoją obecnością do walki nasze oddziały, jak też ocenić moje umiejętności.

Naturalnie obecność tak szanowanej osoby jest nie do przecenienia, jednak stwarza również poważne zagrożenie o jej bezpieczeństwo, co silnie zaciążyło na planowaniu misji. Postanowiłem użyć znacznych środków i sporej dozy ostrożności aby Odważny Aun'Do powrócił z tej misji szczęśliwie. Dodatkowo sytuację komplikował fakt, że jako świeżo mianowany Shas'el, wzorem najznamienitszych dowódców, zrzekłem się przywilejów rekwizycyjnych by podjąć próbę całkowitego wywalczenia ich ponownie, wraz z tytułem Shas'o i bojowym imieniem zapisanym w Kronikach Ekspansji.

Podzieliłem siły na dwie grupy -

I - pod dowództwem Aun'Do, zawierająca większość sił, zarówno Riptide Wing, jak formację Drone-Net, wspomaganą przez dwa oddziały Firewarriorów i oddział wsparcia pancerzy Broadside. Dodatkowo na wyposażenie oddziałów oddano dwa transportery Devilfish, oraz fortyfikacje Tidewall Shieldline wraz z gondolą noszącą potężny railgun.

II - znacznie mniejsze siły szybkiego reagowania, w formie dwóch ochotników-monatów w pancerzach Crisis, których zadaniem był zrzut na tyły wroga, oraz mojego oddziału Krootów, z którym mieliśmy zajść z flanki przeciwnika.

Jak się okazało, zawiódł zwiad... Gdy pies Krootów bezbłędnie wyprowadził nas z wąwozu na lewej flance wroga, dokładnie na tyłach obsadzonego przez snajperów bunkra, bitwa już rozgorzała na dobre. Z danych które nadeszły, pierwsze uderzenie poszło dobrze, zniszczono oddział wroga ukryty za rurociągiem, ostrzelano skutecznie kolejny ukryty w ruinach, zaś wspomnianych snajperów żyło już jedynie dwóch. Niepokojąco brzmiał natomiast meldunek Riptide Wingu, chaotyczna wiadomość o nieskutecznym ostrzeliwaniu wrogich czołgów... "Dwa działa jonowe i railgun nie zniszczyły czołgu? Co tu się dzieje?" - pomyślałem. Kanonada Krootów wyrwała mnie z zawieszenia, właśnie dwaj snajperzy odeszli tam, gdzie Ci aroganccy Gue'la wierzą że odchodzą po śmierci, zaś ja chwilę później zrozumiałem całą tą dramatyczną sytuację.

Obok bunkra, nie zwracając na nas na razie uwagi, przetoczyło się prawdziwe pancerne monstrum, przypominające wielki ruchomy schron sunący nieubłaganie do przodu... Straszliwy Landraider - słyszałem to słowo kilka razy w życiu, natomiast nigdy nie miałem okazji ujrzeć ich w walce - był dla mnie po prostu wyolbrzymioną frontową legendą, usprawiedliwieniem porażek. Właśnie przekonałem się, że opowieści nie oddawały prawdziwej grozy drzemiącej w tym słowie. Wybuchy jonowe niczym fala spływały po jego kanciastym kształcie, a on parł, parł do przodu, nic sobie nie robiąc a ostrzału... Co gorsza, w oddali zauważyłem drugi podobny kształt, kierujący się wprost na pozycje zajmowane przez siły Aun'Do.

Nie było czasu na zastanawianie się, ale powierzchowna analiza strukturalna pancerza landraidera, wykonana czujnikami mojego battlesuitu była bezlitosna - nie mieliśmy szans nawet go zarysować... Zalała mnie fala wstydu, gdy pojazd minął nasze pozycje, strzelając z bocznego karabinu, ale nie uznając nas nawet za przeciwników wartych zatrzymania... W bezsilności obserwowałem, jak przysadziste, pancerne postacie wysypują się ze środka, i szturmują pozycje Riptide wingu... Drugi behemot nie dotarł do swego celu, ulegając zmasowanemu ostrzałowi, niestety dotarł wystarczająco daleko - z wraku podnieśli się pancerni terminatorzy, zaś dokoła kilku postaci pojawiły się dziwne odczyty energii...

Wtedy stało się najgorsze... na skutek jakiegoś przedziwnego ataku agresji, być może wywołanego chemicznie lub biologicznie, oddział ochraniający Aun'Do zaatakował go kolbami karabinów, ogłuszając go i strącając z transportowej drony. Chwilę później większość z nich została rozerwana pociskami bolterów, zaś 3 cudem oprzytomniałych wojowników Kasty Ognia odciągnęło go ze strefy najcięższego ostrzału, czołgając się w stronę potężnie zamaskowanego ewakuacyjnego transportu. Sytuacja stała się jasna - bezpieczeństwo Szlachetnego było najważniejsze, zasygnalizowałem natychmiastowy odwrót.

Po bitwie przyszedł czas na gorzkie podsumowanie, straty nie były znaczne, ale jeden z pancerzy Riptide został zniszczony, co niezbyt korzystnie odbije się na moim bojowym raporcie... Jedyne co mogłem zrobić, to wstawić się za nieszczęsną trójką wojowników Ognia z ochrony Aun'Do, za podniesienie ręki na Niebianina trafią na resztę życia do kopalni ciężkich metali, ale z uwagi na ratowanie jego życia przynajmniej ich rodziny nie zostaną wykluczone z kasty Ognia, więc być może ich dzieci czy wnuki zyskają szanse na odkupienie winy ojców. Co do mnie, przed bitwą spodziewałem się że zwycięstwo da mi przywileje rekwizycyjne, a teraz...? Odebrałem skromny grant rekwizycyjny, bardziej wynikający z pozycji mojej rodziny, niż przychylności Dowództwa.

Wstyd i poczucie bezsilności jakiego doświadczyłem w tych godzinach, palą moje serce niczym lawa.... Nie doznam ich więcej, chociażbym miał zaryzykować życie... Mówią że "rękawica Ongear" jest samobójstwem, niebezpiecznym eksperymentem, ale dla mnie nie ma to znaczenia - od dziś już nigdy nie będę bezbronny...

Terektalok

Dzisiejszy dzień był ewidentnym przykładem na to, że zgodnie ze słowami Jego Niebiańskości Aun'Va "zwyciężamy nie tylko dlatego, że jesteśmy od przeciwnika lepsi, ale przede wszystkim, ponieważ nasza racja jest słuszna".

Atak na lotnisko w sektorze XXXVIII, wybrane przez dowództwo na podstawie danych wywiadu jako miejsce na pierwszy przyczółek został przeprowadzony niezwykle płynnie. Śledziłem jego przebieg uważnie, zamknięty w swoim pancerzu XV-8 Crisis, oczekując wraz z oddziałem w ładowni krążącej po niebie Orki. Desant formacji Riptide Wing, wspomaganej przez dane z markerlightów Drone-Net VX1-0 natychmiast uporał się z nielicznym oddziałem elitarnych wojowników Gue'la trzymających straż, z kasty Space Marines,a po oznaczeniach sądząc, septy Dark Angels.

Martwym przeciwnikom należy tu oddać szacunek, zachowali honor i mimo druzgocącej siły ognia zdążyli jednak zaalarmować pozostałe oddziały, patrolujące wówczas okoliczne tereny. Sygnał dotarł nawet do unoszącego się w przestrzenie krążownika Gue'la, zaraz bowiem z nieba spadły kapsuły desantowe , z których wysypały się kolejne opancerzone oddziały. Naturalnie nie było to nieprzewidziane... czujniki oddziałów naziemnych przechwyciły sygnały nadlatujących kapsuł odpowiednio wcześnie, i przybysze zostali powitani eksplozjami jonowymi i deszczem precyzyjnie kierowanych rakiet. Podobny los spotkał wojowników poruszających się na szybkich, dwukołowych pojazdach, zwanych motorami.

Aby być wiernym naukom Mont'ka, otrzymaliśmy rozkaz ataku. Wraz z 4 podległymi mi Shas'ui wylądowaliśmy w samym ogniu bitwy - ich pancerze miały zamontowane po dwa potężne karabiny plazmowe, zaś moim zadaniem było takie kierowanie ogniem by nic nie umknęło naszym zabójczym salwom. Nim jednak zdążyliśmy oddać choć jedną salwę, spojrzeliśmy głęboko w oczy śmierci.

Z kierunku lotniska, w ryku silników, nadleciały dwa potężne, kanciaste samoloty, jakże inne od naszego eleganckiego lotnictwa. Zawisły nad nami złowieszczo, i lufy jednego z nich natychmiast plunęły w naszym kierunku huraganowym ogniem bolterów, zmuszając nas do szukania osłony i namierzając nas jednocześnie główną bronią. Drugi musiał koncentrować się na unikaniu przeciwlotniczego ognia jednego z pancerzy Riptide. Na szczęście główne działo atakującego nas potwora ładowało się chwilę, dając mi czas na dostrojenie polaryzacji tarcz oddziałowej drony - i to nas uratowało. Dokoła w kakofonii dźwięków wybuchła feria barw, wir przedziwnych wyładowań energii, równie zabójczych co pięknych - widziałem jak poza tarczą emitowaną przez dronę, skały i fragmenty sprzętu rozpadają się na atomy dotknięte przez tęczowe nici energii.

O dziwo, ku mojej ogromnej radości, tarcza wytrzymała. Drona sygnalizowała co prawda zużycie większość zapasu energii, ale oddział przetrwał, zaś świecący wir - choć nie zniknął - przesunął się z dala od nas. Natychmiast wróciliśmy do walki, jednak bitwa dobiegała końca - przeciwnik doznał ciężkich strat pod silnym ostrzałem i rozpoczął wycofywanie się.

Lotnisko i cały sektor XXXVIII było nasze.

Mimo że ocalenie oddziału było bardziej zasługą geniuszu konstrukcyjnego kasty Ziemi, niż moją - zostałem przedstawiony do awansu w trybie polowym. Od tej chwili mam honor nosi zaszczytny tytuł Shas'el, a wraz z nim otrzymałem przydział na nowy pancerz, znakomity XV8-Enforcer.